Utrata pracy z powodu ateizmu? List do fundacji.

Aktualności Listy do Fundacji

Mocno przydługa opowiastka o tym, jak straciłam pracę, ponieważ nie pozwoliłam się „zewangelizować”.

Dzień dobry, jestem Waszą fanką na portalu Facebook, dzięki której poznałam także stronę Fundacji.

Od sytuacji, jaka mnie spotkała minęło już nieco czasu i zdążyłam poukładać myśli i ochłonąć, dlatego

mogę bez emocji opisać co się stało. Ostrzegam, że tekst powstał wybitnie przydługi, tylko dla koneserów 😉

Nigdy nie byłam osobą wierzącą, kościół to tylko budynek, gdzie gromadzi się lemingów złaknionych

hebrajskiej mitologii. Jestem uparta i niezmiennie wytrwała w tej kwestii. Rodzina i znajomi dawno temu

odpuścili sobie umoralniające rozmowy na ten temat, bo nie warto.

A w czym zatwardziała niewiara może przeszkadzać w miejscu pracy? Ano w tym, że taka osoba

może zostać zwolniona jako zagrażająca… wyjątkowej religijności zakładu pracy. Śmieszne prawda? Otóż

nie dla mnie..

No to od początku: pracowałam w administracji domu pomocy społecznej, prowadzonym przez zakonnice.

Ktoś zapyta po co się tam pchałam, skoro jestem niewierząca? Wszyscy doskonale wiemy, że o pracę

niełatwo, więc wsadzasz swoje religijne opinie do kieszeni i tyle, przecież to proste. Pracowałam jakiś czas,

kiedy zmieniła się siostra dyrektorka. Poprzednią wydalili w związku z licznymi machlojkami finansowymi.

Nowa dyrektorka solidnie wzięła się za porządki, rozpoczęły się zmiany. Ja także otrzymałam nowe

stanowisko, dyrekcja podkreślała jaki prestiż związany z jej osobą na mnie spoczywa. Dla mnie ten jej

wyimaginowany prestiż nie znaczył nic, ot po prostu kolejna szefowa w habicie. Szybko okazało się że

minusem tej pracy będzie znacznie bliższe niż wcześniej przebywanie z personelem zakonnym. Pomyślałam

‘dam radę, jestem tolerancyjna, przecież to tylko praca, bla bla bla’. Nie wiedziałam, że najciekawsze miało

dopiero nadejść…

Dyrektorka od razu bardzo żarliwie zabrała się za ‚ureligijnianie’ pracowników. Co rusz organizowała w

zakładzie swego rodzaju kursy, coś jak rekolekcje ewangelizacyjne dla personelu świeckiego, do tego

doszły modlitwy ‘dla chętnych’ w kaplicy zakonnej. W praktyce okazało się, że wszyscy świeccy

pracownicy MUSIELI bez dyskusji, choć raz na kilka dni w nich uczestniczyć, ponieważ było to dobrze

widziane u nowej dyrekcji..

Zgodnie z własnym sumieniem od razu grzecznie, ale stanowczo odmówiłam udziału w sprawach

religijnych, dusząc temat w zarodku. Sytuacja była oczywista, przyszłam tutaj do zakładu pracy, a nie do

kościoła.

Zakonnice szczególnie mocno spraszały, wręcz zaganiały na modlitwy (oczywiście w godzinach pracy)

wszystkie nowe pracownice, szczególnie młode. Ja także byłam namawiana, po czasie zaczęły szczegółowo

dopytywać się dlaczego ciągle odmawiam? Non stop słyszałam idiotyczne pytania w stylu ‘a kiedy

przyjdziesz?, bóg na ciebie czeka i my też’, ‘no popatrz wszystkie dziewczyny idą a ty nie, idź i nie daj się

prosić’. Naiwna pomyślałam, że powtarzanie jak zdarta płyta: NIE, DZIĘKUJĘ, NIE JESTEM

ZAINTERESOWANA sprawi że w końcu się znudzą i znajdą sobie inne zajęcie.

Z racji codziennego kontaktu zawodowego z nowymi pracownicami świeckimi, często byłam

świadkiem jak zakonnice zamiast wreszcie zabrać się do swojej pracy (a praca zawodowa była dla nich złem

koniecznym) same przychodzą i namawiają na spotkania. Najlepiej niech przyjdą na kursy razem ze swoimi

mężami i dziećmi, pytały je także wprost, kiedy planują kolejne dzieci. Z łatwością zdołały wkręcić je do

odmawiania czegoś co nazywało się nowenną (chyba?) pompejańską. Gdy pracowałam w swoim biurze,

słyszałam jak młode, wykształcone dziewuchy, siedzą w kółeczku jak babcie w kościele i monotonnie klepią

zdrowaśki. Nie minęło wiele czasu kiedy zauważyłam, jak coraz bardziej zmienia się ich spostrzeganie

rzeczywistości. Zaczęły ględzić o bogu, o tych cudownych modlitwach, które nagle zaczęły im w życiu

pomagać, o znaczeniu jakiś świadectw itp.. No i oczywiście o wdrożonych w życie postępach w

powiększeniu rodziny, bo przecież siostry pozwoliły na kolejnego potomka. Zaczął się w pracy robić niezły

cyrk, bo dziewczyny dały sobie na luz, bo po co pracować, skoro można siedzieć w kaplicy?

Jak to się odnosiło do mnie? Zaczęła się wokół mnie zaciskać pętla wyjątkowej serdeczności, prawie

rodzicielskiej troski i bezgranicznej akceptacji, czyli coś co w tematyce sekciarskiej nazywa bombardowanie

miłością. Jako osoba ‘twardo i nieustępliwie niewierząca’ zostałam oczkiem w głowie dyrektorki.

Zakonnica zawzięła się że mnie przekabaci za wszelką cenę. Bardzo często niby od niechcenia oddawała mi

drobne, niby niepotrzebne jej przedmioty, które jakoś dziwnym trafem zawsze były związane z moimi

zainteresowaniami (musiała podsłuchać, jak rozmawiam z kimś o swoich hobby). W jej oczach byłam tym

‘pionkiem’ który miał ulec w końcu ich żądaniom, przestać się bezsensownie zapierać i pójść wreszcie się

pomodlić. Problem w tym, że nie docierało do nich, że ich wiara jest dla mnie równie bezsensowna, totalnie

bezbarwna i obojętna, jak każda inna.

Często, niby niecący dostawałam polecania służbowe, by przepisać jakieś modlitwy, lub iść do kaplicy

zakładowej coś przynieść, zanieść, poprawić itp. Ze szczególnym, wyraźnym podkreśleniem (jak do

głupawego dziecka) żeby nie wracać za szybko, postać tam i porozmawiać z bogiem, bo przecież każdy z

pracowników tak robi. Dodatkowo celowo włączały mi jakieś religijne audycje, co przeszkadzało w

koncentracji i skutkowało przeniesieniem się z pracą do innego biura. Moje asertywne odmowy trafiały jak

kulą w płot a tłumaczenie wariatkom, że tu się pracuje było zupełnie bezcelowe. Nie miałam najmniejszego

zamiaru się podporządkować, co wzbudzało ich głośne niezadowolenie..

Chwilami było to tak idiotyczne, że człowiek mocno starał się by nie powiedzieć im w twarz co o tym

myśli. Zapewne miało to na celu wzbudzenie we mnie poczucia winy, że one są takie dobre, a ja

niewdzięcznica nie chce wpuścić do serca jedynego słusznego zbawiciela..

Dyrektorka chyba przeceniła swoje możliwości i do pomocy wzięła sobie 2gą zakonnicę, której

kazała nagiąć mnie z innej strony, tzn. wchodząc ze mną w bardzo dobre relacje koleżeńskie. Dość

zabawnie było obserwować jak obie dwoją się i troją, wręcz głaskają i zachwalają tylko po to, bym wreszcie

poszła do tej cholernej kaplicy modlić się. Po niedługim czasie druga siostra także zaczęła się frustrować

brakiem postępów. Próbowała nawet płaczem, prośbami i obrażaniem się- ale kompletnie nic nie

zwojowała.

Pewnego popołudnia dyrektorka wygoniła ta 2gą z biura, w którym właśnie pracowałyśmy w trójkę,

zamknęła się ze mną i nie chcąc wypuścić wpadła w szaleńczy amok, wywróciła oczy jakby cos ją opętało i

zaczęła wykrzykiwać co się ze mną stanie jak nie przejrzę na oczy. W jej ustach to brzmiało naprawdę

przerażająco, cytowała jakieś zdania, prawdopodobnie biblijne. Nie jestem osobą, którą łatwo wystraszyć,

ale bałam się, że jeszcze chwilę i coś mi zrobi. Z ogromnych nerwów, że nie mogę wyjść rozpłakałam się i

wyrywając klucz wybiegłam stamtąd. Wtedy zrozumiałam, że to nigdy nie były i nie są żarty. W dalszym

ciągu nie dawałam im powodu do uznania tego jako wygraną.

Wtedy do akcji wkroczyła najstarsza, (żeby było śmieszniej świecka) pracownica, stara baba o mocno

radykalnych, zdewociałych poglądach. Kobieta przechodziła samą siebie, by pomóc dyrekcji.  Potrafiła na

przykład przy innych pracownicach (oczywiście tych ‘nowo zewangelizowanych’) wypalić do mnie typowo

prywatnymi pytaniami czyli: dlaczego nie mam: dzieci, męża oraz ślubu (koniecznie kościelnego), bo

przecież one WSZYSTKIE mają, a ja ciągle jak ten osioł się opieram. Oczywiście moja odpowiedź że nie

zamierzam o tym rozmawiać, sprawiała że natchniona wariatka dostawała jeszcze więcej energii.

Raz weszła do mojego biura niby przypadkiem i z radosną miną powiadomić mnie, że jestem już wpisana na

adorację krzyża!!!. To jakaś ich specjalna, całodzienna modlitwa, organizowana raz tygodniu, oczywiście

DLA CHĘTNYCH pracowników, którzy w rzeczywistości, jeden za drugim pospiesznie wpisywali się na tę

listę, by odbębnić przecież NIE obowiązkową półgodzinną modlitwę zakładową i nie podpaść dyrekcji.

Oczywiście rzeczona modlitwa odbyła się bez mojej obecności, co personel zakonny wraz z dewotką

dobitnie komentowały, zamknięte od środka w swoim gronie.

Po 2 latach ich gorący zapał do zwerbowania mnie w swoje szeregi opadł, bo z ulubionej pracownicy

dyrektorki stałam się mocno niewygodnym pracownikiem. Stworzyły wyraźny dystans do mnie, zrobiły się

nagle bardzo chamskie i złośliwe, celowo utrudniając mi organizacje pracy. Oczywiste stało się, że moje dni

w tym zakładzie są policzone. I któregoś dnia, (upewniając się dokładnie, że nie ma żadnego innego

pracownika w pobliżu), obydwie wręczyły mi wypowiedzenie ze słowami, że wprawdzie bardzo są ze mnie

zadowolone, ale jest dla mnie za mało pracy i może to wykonywać moja koleżanka z działu, a ponieważ

brakuje funduszy to likwidują moje stanowisko.

Dzień po wypowiedzeniu przyszła do mnie ta stara dewotka i zapytała ‘No to w tej sytuacji pójdziesz do

kaplicy się pomodlić? Wtedy cofniemy ci to wypowiedzenie, no przecież zależy ci na tej pracy?’ Mnie i

koleżankę siedzącą obok mnie po prostu zatkało. Spodziewałam się, że będę w końcu zmuszona opuścić ten

chory bajzel, to do głowy by mi nie przyszło że zdobędą się na tak obrzydliwe ultimatum.

Na samą myśl, że dostałam taki ‘wybór’ chce mi się zwyczajnie wymiotować, żałuję że nie miałam

możliwości nagrać propozycji tej chorej kretynki. Zgodnie z kodeksem pracy w takiej sytuacji należała mi

się 1 miesięczna odprawa, której oczywiście nie dostałam, napisałam więc pismo z żądaniem wyjaśnienia.

W odpowiedzi przyszło bezczelne pismo sklecone na szybko przez ich prawnika, mówiące o tym, że… i

teraz uwaga: nie wykonywałam swoich obowiązków i bojkotowałam polecenia przełożonych, czyli wyżej

opisanych zakonnic. Bardzo ciekawe, tylko zarówno ja, ani żaden ze świeckich współpracowników nigdy

żadnego takiego zajścia sobie nie przypominał, wręcz przeciwnie. Jakoś bez problemu wypełniałam ich

głupie zachcianki i notorycznie wyręczałam je w pracy, bo habitowe księżniczki zawsze udawały, że nie

mają czasu. Nie miałam sobie absolutnie nic do zarzucenia.

Pocztą pantoflową dotarło do mnie, że zakładowy prawnik doradził im, by na moje stanowisko

szybko kogoś posadzić, żebym nie miała żadnych podstaw do roszczeń w sądzie (a ponoć likwidowały moje

stanowisko?!). Dyrektor zapewne poszła szybciutko się wyspowiadać i grzechu bezczelnego kłamstwa nie

było? A może to nawet nie był grzech? Przecież usuwanie niewiernych chwastów to od wieków jedyne,

czym ten nienormalny twór się zajmuje..

Mam kilku świadków krzywdzących zdarzeń, które mnie tam spotkały. Odnoszę nieodparte wrażenie, że

zostali zastraszeni i dostali zakaz kontaktowania się ze mną.

Jeden ze świadków tych zdarzeń, który już tam nie pracuje, opowiedział mi jak dyrektorce podczas

rozmowy wyrwało się że ‘żałuje że musiała mnie zwolnić, ale gdybym nie była taka uparta, to dalej bym

pracowała’. Osoby z kręgów prawniczych, do których zwróciłam się o pomoc w rozwiązaniu tej chorej

sytuacji, rozkładały ręce i odradzały mi sąd, ponieważ nie mam realnych szans na udowodnienie swoich

racji. Bo ja jestem jedna, a ich jest cała kupa, gdzie każda każdą kryje i nie zawahają się kłamać w żywe

oczy. Pozostało poczucie poniżenia i  niesprawiedliwości, które towarzyszy mi każdego dnia.

P.S.

Poniżej przedstawiam kwiatka, jakiego otrzymałam od zakonnic na imieniny, niedługo przed zwolnieniem:

prezent od siostr